Biegowo

Jedno biegowe marzenie spełnione – przebiegłam półmaraton

Ciągle się zastanawiałam kiedy nadejdzie ten dzień, nie spędzało mi to co prawda snu z powiek, ale było takim moim biegowym marzeniem. Nie zakładałam niczego i ciagle odkładałam to w czasie, bo ciągle nie byłam wystarczająco w formie, aż pewnego pięknego biegu…

Ten bieg miał być zwykłym długim wybieganiem, więc postanowiłam zrobić 15, no maks 16 km, tak dla kurażu i spokoju ducha. Chyba wtedy słuchałam jakiegoś podcastu, który miał więcej niż godzinę, żeby nie myśleć właśnie o tym, że się biegnie, a trochę zaczerpnąć czegoś ciekawego.

Swoją drogą, wiecie co zrobiłam? Leciałam w 25°C i nie wzięłam z domu wody na taki kilometraż! Tak nie róbcie! Na szczęście był po drodze sklep to się zaopatrzyłam i postanowiłam sobie pić co jakieś 5 km. Biegło się dobrze, albo to ten napój izotoniczny tak dobrze „kopał”. Na mniej więcej 15 km postanowiłam zadzwonić do męża czy da radę się dłużej opiekować córką, bo dzisiaj mam wenę na półmaraton. Zgodził się.

Nogi niosły, a ja czułam, że przeniosę góry, aż do 18 km, na którym już przestałam się tak mądrować i cieszyć. Zaczęła się walka ze sobą, z bólem i motywacją. Mówiłam sobie w duchu „Przebiegniesz to! Dasz radę! Zostało już tylko trochę, nie możesz teraz odpuścić będąc tak blisko marzenia!”, te słowa mnie jakoś napędzały, ale rozum mówił, żeby na 19 km już zastopować i może spróbować innym razem. Kiedy będzie lepsza okazja?! – pytałam sama siebie, nie będzie, jak teraz skończę to już pewnie za szybko się za to nie wezmę. Nie wiem czy by tak było, ale chyba miałabym wewnętrzny niedosyt i żal do siebie. Zęby zacisnęłam i gnałam przed siebie . Zobaczyłam wreszcie 20 km, czas zaczął się dłużyć, tempo też nie pomagało skrócić tego cierpienia, a sam ból chyba przez to wszystko się nasilił i nogi stały się jakby cięższe. „Zrobię 22 km dla pewności, bo teraz już sama nie wiem czy ten półmaraton miał 21,1 km czy 21,7”. Gdzieś z tylu głowy zastanowiłam się czy przekroczę 2 godziny tego dystansu czy może jednak nie.
I wreszcie! Nareszcie zegarek pokazał 22,05 km!

Myślałam, że położę się na chodniku, ludzie przechodzący obok pewnie się zastanawiali co się odwaliło, ale to nie ważne, ja byłam obolała, ale mega szczęśliwa! Dałam radę! Kolejna bariera rozwalona, a ja mogę wszystko, bo wiem jak bardzo jestem uparta i zdeterminowana!
Nawet czas wszedł dobrze, bo nie przekroczyłam jednak 2 godzin na dystansie półmaratonu:


Już wiem na czym polega ta magia długich dystansów. To wewnętrzna walka z samym sobą i swoimi słabościami, które znikają po przekroczeniu bariery!
A kiedy się już ogarnęłam na tym chodniku to poszłam do Biedry po Oshee 😀

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *